Case studies

POWÓD PROSZONY NA SALĘ!

Reprezentuję „sam siebie” w  sprawie o „polisolokaty”.

Podobno szewc bez butów chodzi, a prawnik do sądu w sprawach wszystkich, tylko nie swoich. Całkiem niedawno debiutowałem w sądzie jako powód. W mojej „własnej” sprawie.  

Pewien czas temu – wiedząc, że system emerytalny nie oferuje zbyt wiele przedstawicielom wolnych zawodów – zawarłem z pewnym podmiotem umowę o tzw. polisolokatę. Pod nazwą tą kryje się hybryda łącząca cechy ubezpieczenia na życie oraz funduszu kapitałowego. W skrócie: w zamian za opłacanie składek, w przyszłości ja lub moi najbliżsi (wskazani jako osoby uposażone) możemy otrzymać odszkodowanie w przypadku zdarzeń losowych (choroby, śmierci), lub uzyskać wypłatę składek, które są jednocześnie inwestowane. Opłacałem składki, po czym zaprzestałem to czynić uznając, że nie są one inwestowane optymalnie – przyrost kapitału następował na poziomie niewiele wyższym, niż możliwy do otrzymania w przypadku lokaty bankowej. Po pewnym czasie otrzymałem zwrot dokładnie 5% inwestowanego  kapitału, z wyjaśnieniem, że potrącono regulaminową opłatę z tytułu rozwiązania umowy przed terminem. Potrącona mi kwota nie była zbyt duża, o sprawie na parę lat zapomniałem, notując jednak w kalendarzu termin przedawnienia. Przypomniałem sobie na krótko przed upływem jego terminu, chcąc w sprawach o „polisolokatę” nabyć doświadczenia, które mógłbym wykorzystać w interesie Klientów. W końcu najlepiej „eksperymentować” na sobie.

Po raz pierwszy wniosłem pozew jako strona, nie zaś jej pełnomocnik. I jako konsument – co okazało się dość istotne. Wskazywałem, że przepis OWU (ogólnych warunków umowy) „polisolokaty” w zakresie, w jakim przewiduje „opłatę” z tytułu przedwczesnego rozwiązania umowy, całkowicie niepowiązaną z kosztami jej obsługi, ponadto rażąco wygórowaną, gdyż „konsumującą” niemal cały kapitał zgromadzony przez lokującego, narusza zasady uczciwego obrotu z udziałem konsumenta, przez co jest nieważny. Dodałem, że z treści innego z postanowień OWU wynika, że koszty obsługi umowy ze strony ubezpieczyciela pokrywane były „na bieżąco” poprzez potrącanie z poszczególnych wpłat odrębnych opłat rzędu kilku procent każdego świadczenia. Z ostrożności uznałem, że kwotą adekwatną do nakładów przeciwnika bezpośrednio związanych z obsługą „mojej” umowy przez okres około dwóch lat  jest dodatkowo (obok wcześniej pobranych) kwota rzędu 150-250 złotych. Nie żądałem zwrotu w tym zakresie, ograniczając powództwo. 

W odpowiedzi otrzymałem kilkunastostronicowe pismo, którym przeciwnik – najpewniej stosując wzór stosowany we wszystkich sprawach – kwestionował wszelkie możliwe zarzuty, w tym te, których w ogóle nie formułowałem. Dowodził, że miałem możliwość zapoznać się z treścią umowy, że podpisując ją akceptowałem jej treść, że nie zostałem wprowadzony w błąd przez akwizytora. Stając przed sądem do przesłuchania potwierdziłem, że umowę przed jej zawarciem przeczytałem i że jej treść była dla mnie zrozumiała. Podkreśliłem, iż nie twierdzę, bym padł ofiarą oszustwa, bądź spór wyniknął z winy akwizytora. Tyle tylko, że zakaz stosowania  w obrocie z udziałem konsumentów tzw. klauzul abuzywnych (postanowień regulujących prawa i obowiązki konsumenta w sposób niezgodny z dobrymi obyczajami) ma charakter obiektywny i bezwzględny, niezależny od tego, czy konsument umowę przeczytał przed jej zawarciem czy też nie. Nie zwalnia też przedsiębiorcy z negatywnych konsekwencji stosowania tego rodzaju klauzul  wykazanie, że konsumenta nie wprowadził w błąd co do treści umowy.

Finalnie mój debiut w roli powoda w procesie wypadł obiecująco. Środki zwrócone mi w następstwie uwzględnienia powództwa mogłem zainwestować w sposób – tak uważam – nieco rozsądniejszy od pierwotnego. Zaś pozwanemu… z pewnością ubył jeden klient.

Autor

Jarosław Pawłowski

Adwokat

Jarosław Pawłowski

Inne case studies

Wszystkie